Open Source Art Festival 2013, czyli „badanie relacji pomiędzy punktami wydajności urządzeń elektronicznych a progiem ludzkiej percepcji”.

Open Source Art Festival

Open Source Art Festival / Fot. materiały prasowe

Gdy dwa lata temu zadebiutował Open Source Art Festival, od razu pojawiły się głosy, że wypełnia on ważną lukę w trójmiejskiej kulturze. W Gdańsku, Gdyni i Sopocie cały czas jest bardzo mało miejsca na współczesną sztukę i kulturę, tworzoną za pomocą nowoczesnych technologii lub osadzoną w ich estetyce. Pierwsza OSA, odbywająca się w ramach Otwartego Kurortu Kultury, pozwała wysłuchać – ale także zobaczyć, bo warstwa wizualna jest w tym wydarzeniu równie ważna – takich artystów, jak Jan Jelinek czy Alva Noto. Rok później, tematyką-kluczem było zjawisko ‚field recordingu’, a wystąpili m.in. Deru czy Deadbeat. W tym roku organizatorzy postanowili pójść za ciosem, stawiając na hasło dość wyjątkowe jak na trzecią już edycję, czyli „test”.

Maciej Bączyk

Maciej Bączyk / Fot. materiały prasowe

Pierwszy dzień, trzynasty września, został zdominowany przez polskich twórców. Maciej Bączyk, znany z takich zespołów jak Robotobibok oraz Małe Instrumenty, zaprezentował projekt „To się nigdy nie skończy”. Tego typu tytuł potrafi być obosieczną bronią, ale wizja Bączyka świetnie się obroniła. Podczas gdy artysta tworzył fale ciepłego, pięknego ambientu, publiczność miała okazję obserwować powoli przewijająca się na magnetofonie szpulowym taśmę, układającą się na podłodze w kokardę.

Występujący następnie Zenial, zaprezentował swój premierowy materiał „Chimera”, w którym głównym źródłem dźwięku są manipulacje polem magnetycznym, wytwarzanym przez walkmany. W zetknięciu z innym elektronicznymi obiektami, pole reaguje w różne, fascynujące sposoby, lecz ten trwający czterdzieści pięć minut soniczny performance był, jak na mój gust, nieco za długi.

Rola zamykającego piątkowy wieczór przypadła Arszynowi. Najpierw zaprezentował wyjątkowy eksperyment „A capital letter“, w którym za pomocą podłączonych do kabli cewek dotykał klawiaturę laptopa, wytwarzając przy tym różnego rodzaju trzaski, brzęczenia i pikania – znów prowodyrem tego zjawiska było pole magnetyczne, tym razem wytwarzane przez przyciski komputera. Naciskane litery publiczność mogła zobaczyć na ekranie znajdującym się za sceną. To był prawdziwy test, nie tylko dla obserwatorów, ale i dla samego muzyka, który dopiero z czasem nauczył się coraz lepiej opanowywać urządzenie. Gdy eksperyment dobiegł końca, Arszyn zaczął grać znacznie przystępniejsze pętle, oparte w dużej mierze o nuty fortepianu.

Open Source Art Festival

Zenial / Fot. Materiały prasowe

Open Source Art Festival – dzień drugi

Drugi dzień festiwalu stanowił centralny punkt w programie. Jeśli piątek był zdominowany przez naszych rodaków, to sobota należała do Japończyków. Występująca jako pierwsza Kyoka stworzyła pomost pomiędzy pełnym szumów ambientem, a fantastycznie rozwijającą się imprezą techno. Pod koniec spora część siedzących festiwalowiczów wstała, by pobawić się do minimalistycznej motoryki, przywodzącej na myśl mistrzów elektroniki z Niemiec.

O ile Kyoka pozytywnie zaskoczyła, o tyle Ryoji Ikeda, największa gwiazda tegorocznego OSA, spełnił pokładane w nim nadzieje. Jego „test pattern” okazał się być niezwykle wysmakowanym występem, operującym najbardziej minimalistycznym środkami z możliwych. Jego wizualizacje, opierające się jedynie na biało czarnych pasach, były idealnie zgrane z niezwykłą rytmiką, graną z matematyczną precyzją. Dźwięki, które płynęły z głośników, kojarzyły mi się z urządzeniami do nadawania alfabetu Morse’a, czy też sygnałem modemu. To niesamowite, jak za pomocą mikro zakłóceń, „śnieżenia” telewizora i krótkich elektronicznych sygnałów, Ikeda stworzył niezwykle wciągającą narrację, nie mającą w sobie nic z technicznego chłodu, często towarzyszącemu tego typu projektom.

Open Source Art Festival – dzień trzeci

Niedzielny pokaz audiowizualnego performance’u „Inject” w gdańskim centrum św. Jana, był zamknięciem festiwalu. Kanadyjczyk Herman Kolgen świetnie wpisał się w motyw przewodni imprezy, bowiem rzeczywiście wszyscy widzowie brali udział w specyficznym teście. Artysta na żywo montował swój materiał wizualny, którego głównym tematem było zachowanie ludzkiego ciała w wodzie, oraz sił, jakie mają na nie wpływ w takich warunkach – Yso, główny aktor, był przez sześć dni, po osiem godzin dziennie zanurzony w szklanej cysternie, co zostało sfilmowane przez Kolgena. Warstwa estetyczna „Inject” była wspaniała, dzięki niezwykłej jakości obrazu i kolorystyce, jak również znakomitej akustyce centrum św. Jana. Niestety, pod względem zawartości, ta produkcja mnie rozczarowała. Choć reakcje ludzkiego ciała na długie przebywanie w środowisku wodnym były ciekawe, to zbyt często podczas czterdziestopięciominutowej projekcji twórca wykorzystywał te same efekty i sztuczki techniczne. Przez to „Inject” czasem przypominał bardzo długi teledysk, nie wyciągający właściwej głębi ze swojej tematyki.

Arszyn

Arszyn / Fot. materiały prasowe

Mogę ze spokojem stwierdzić, że OSA się ukonstytuowała w trójmiejskim kalendarzu kulturalnym. Nie tylko zaprasza głośnych i niezwykle interesujących artystów, wykorzystując przy tym tak unikalne przestrzenie, jak sopocka PGS oraz gdańskie centrum św. Jana, ale przede wszystkim tworzy bardzo spójną wizję. Line-up jest krótki i zwarty, artyści są dobierani według wspólnego zagadnienia, które słuchacz ma okazję dokładnie poznać. To jedno z ambitniejszych tego typu wydarzeń nie tylko w Trójmieście, ale i w Polsce.

Tekst: Krzysztof Kowalczyk