Dżennet Dżabagi-Skibniewska nie jest w Polsce osobą nieznaną. Nakręcono o niej film dokumentalny, wydano książkę o jej życiu. Ona sama jest autorką kilku wspomnieniowych relacji, zaś w numerze „30 dni” z 2008 roku ukazał się poświęcony jej artykuł autorstwa Krzysztofa Figela.

Willa przy ul. Wolności 22, / Fot. A.Sadowska

Willa przy ul. Wolności 22, / Fot. A.Sadowska

Gdyby zadać mieszkańcom Pomorza (nawet tym interesującym się lokalną historią) pytanie czy wiedzą, kim była Dżennet Dżabagi-Skibniewska, zapewne większość odpowiedziałaby przecząco. A przecież to fascynująca biografia, pełna zwrotów akcji jak z sensacyjnego filmu, warta opowiedzenia zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo boimy się tych mitycznych „obcych”.

Księżniczka z Kaukazu

Dżennet przyszła na świat w Petersburgu, 5 marca 1915 roku. Jej matką była polska Tatarka Helena z Bajrasz-Bajraszewskich, ojcem zaś syn ostatniego władcy Inguszetii Wassan Girej Dżabagi. Wassan Girej, z wykształcenia agronom, a zamiłowania polityk i dziennikarz, uczestniczył w latach 1919-1920, jako przewodniczący parlamentu Górskiej Republiki Północnego Kaukazu, w obradach konferencji pokojowej w Paryżu. Rosjanie nie czekali jednak na ustalenia Traktatu Wersalskiego i w 1919 roku zajęli obszar młodziutkiej Republiki. Lud kaukaski (nie po raz ostatni zresztą) musiał pożegnać się z marzeniami o niepodległości. „Rosja, czy to biała, czy czerwona, nie chciała dopuścić do oderwania się Kaukazu” – tak po latach gorzko podsumuje to Dżennet. Wassan Girej nie miał czego szukać w przejętej przez Sowietów ojczyźnie. Został w Paryżu, drogą dyplomatyczną sprowadził tam rodzinę – żonę i trzy córki. Każdej z dziewcząt na pamiątkę wręczył jednak po kamieniu z gór Kaukazu. Ta, która przechowa kamień, nie zgubi go i będzie o niego dbała, wróci kiedyś w rodzinne strony – zapowiedział. Tymczasem matkę Dżennet ciągnęło do Polski, zdecydowano się więc na przeprowadzkę do Warszawy. Tam ojciec rodziny zatrudnił się jako dziennikarz, pisząc początkowo dla „Kuriera Warszawskiego”, potem do założonego przez siebie biuletynu „Orient”. Dżennet poszła do polskiej szkoły („czy to prawda, że muzułmanie modlą sie do butów?” – miały pytać jej polskie koleżanki). Zapuścili korzenie, wsiąkli w Polskę, wsiąkli w polskość.

„Najbrzydsza” z sióstr

Dżennet nie była oczkiem w głowie rodziców. Zwłaszcza ojciec nie miał do niej serca. Wyróżniał najstarszą córkę, Halimat, piękną dziewczynę o chmurnej orientalnej urodzie. Jasnowłosą Dżennet uważano za brzydką, wstydzono się jej przed kaukaskimi znajomymi. Wymagano od niej więcej niż od pozostałych córek, rozliczano surowiej. Może dlatego, już jako piętnastoletnia dziewczyna, wstąpiła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet? W rodzinie matki istniał zwyczaj wystawiania swoich reprezentantów w każdym niepodległościowym polskim zrywie. Helena z Bajrasz-Bajraszewskich nie doczekała się syna. „Ja mogę być żołnierzem” – oświadczyła więc matce Dżennet. I rzeczywiście, wstąpiła do PWK i osiągała tam błyskawiczne sukcesy. Została aspirantką, potem dowódczynią plutonu. Nie miała jeszcze matury, gdy w elitarnym gimnazjum Szachtmajerowej sama wykładała strzelectwo i terenoznawstwo. Wśród jej „uczennic” były między innymi córki marszałka Piłsudskiego – Wanda i Jadwiga…

W drugiej połowie lat 30-tych Wassan Girej otrzymał ofertę pracy w Stambule i zdecydował się na wyjazd z Polski. Dżennet postanowiła jednak zostać w swojej nowej (a właściwie jedynej, jaką znała) ojczyźnie. Podobno w ostatniej chwili wysiadła z czekającego już na stacji pociągu. Ojciec nigdy nie wybaczył córce tej niesubordynacji. Dżennet została, bo po pierwsze czuła się Polką, a po drugie była zakochana. Niestety nieszczęśliwie – ukochany, major Pruszkowski „zapomniał” wspomnieć jej, że jest żonaty. Taki związek nie mieścił się w honorowym kodeksie dumnej córki Kaukazu. Zerwała tę znajomość i wkrótce wyszła za mąż za innego. Z Janem Skibniewskim, oficerem marynarki handlowej, wyjeżdża w 1938 roku do Gdyni i zamieszkuje w willi na Działkach Leśnych. Wkrótce zostaje adiutantką w komendzie Okręgu Morskiego PWK. Komenda PWK wchodziła w skład Referatu Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego i w 1939 roku mieściła się kamienicy przy ul. Zgoda 4. Organizacja dysponowała również innymi pomieszczeniami, m.in. świetlicą w Orłowie, czy w nadmorskiej willi „Tusia”.

Oksywska Antygona

Piękna modernistyczna willa na ulicy Leśnej (dziś Wolności) 22, zaprojektowana prawdopodobnie przez architekta Romualda Żukowskiego, została wzniesiona w 1938 roku. Działki Leśne to luksusowa dzielnica, mieszkali tam zamożni gdynianie. Wspaniały widok na zatokę, łagodne morenowe wzniesienia, a pośród nich elegancka, choć ascetyczna w formie architektura. Skibniewscy mogli tam żyć „długo i szczęśliwie” – on doskonale zarabiał, a w 1939 roku urodził im się syn Aleksander. Niestety, sielanka była pozorna, w powietrzu czuło się już nadchodzącą wojnę. Pewnego dnia komendantkę morskiego okręgu Przysposobienia Wojskowego Kobiet Aurelię Łuszczkiewicz oraz jej adiutantkę Dżennet zaproszono na niezwykły rejs („tylko bez mundurów, proszę przyjść po cywilnemu” – polecono). Rejs stateczkiem do gdańskiego portu tylko na pozór ma charakter rekreacyjny. Na jego pokładzie elita polskich oficerów, z Henrykiem Sucharskim na czele. Major był niewysoki, niepozorny, oczywiście bez munduru. „Przyjechał tu Niemcom szyć buty” – zażartował kapitan marynarki wojennej Marian Romanowski (warto pamiętać, że Sucharski rzeczywiście był synem szewca). Dopiero po kilku dniach Dżennet na jednej z narad wojskowych poznaje jego prawdziwą tożsamość. Nie wie jeszcze, jaki los gotują i jemu, i jej najbliższe miesiące. Nie wie, że los ich zetknie ponownie, wiele lat później, już we Włoszech….

1 września 1939 roku – ta data zmienia wszystko w jej życiu, podobnie jak w życiu innych gdynian. Została zmobilizowana w stopniu porucznika. Członkinie Organizacji Przysposobienia Wojskowego Kobiet podlegają dowódcy ochotników, podpułkownikowi Marianowi Hyle. Od momentu rozpoczęcia działań wojennych kobiety zbierają po domach lekarstwa i środki opatrunkowe, organizują służbę łączniczek i sanitariuszek, tworzą szwalnie mundurów oraz punkty werbunkowe dla ochotników, gromadzą broń i amunicję, apelują do obywateli o oddawanie krwi dla rannych żołnierzy. Zajmują się także zbieraniem i oprawą kos dla tworzących się oddziałów gdyńskich kosynierów. W nocy z 13 na 14 września Dżennet i Aurelia Łuszczkiewicz otrzymują zadanie spalenia dokumentów sztabu dowództwa ochotniczych oddziałów obrony Gdyni. Aż do rana niszczą tajne akta i wykazy personalne, tak by nie wpadły w ręce Niemców. Kiedy o świcie Dżennet półprzytomna ze zmęczenia dotarła do siebie na Leśną, pod domem stały skrzynki z piwem, czekające już na mających lada chwila nadejść Niemców. W krzakach pod domem zaś zgnębiona pani porucznik natknęła się na ciało młodego polskiego żołnierza. Kilka dni później, 19 września, pada Oksywie, do którego wycofały się wcześniej polskie oddziały. Pozostało straszliwe pobojowisko z niepochowanymi zwłokami żołnierzy i z rannymi, którym nikt nie udziela pomocy. Gdyńskie harcerki wraz z członkiniami rozformowanego już oficjalnie PWK nakładają opaski Czerwonego Krzyża i wyruszają na pole bitwy. Nie wolno im tego robić – miejsce to miało być propagandowym świadectwem polskiej klęski. Dziewczęta opatrują rannych, zbierają poległych, przenosząc ich ciała do Redłowa, gdzie odbywa się skromny ale godny pochówek. Tak powstaje zalążek dzisiejszego Cmentarza Obrońców Wybrzeża. Przekazują listy i dokumenty zabitych ich rodzinom. Gdy naziści zorientowali się, co robią Polki na Oksywiu, dotkliwie je pobili, Dżennet do nieprzytomności. Cudem wydostała się, ze strzaskaną i wymagającą operacji nogą, z oksywskiej kępy.

Tułaczka

Jak większość polskich gdynian, Dżennet musiała wyjechać z miasta, które od teraz nosiło nazwę Gotenhafen. Dotarła z chorym synkiem do Krakowa, gdzie wstąpiła do Związku Walki Zbrojnej. Wytropiona szybko przez Gestapo, wkrótce musiała znowu uciekać. Wkłada malutkie dziecko do plecaka i przez Węgry przedostaje się do Syrii. Tam przekazuje synka polskim zakonnicom, a sama zaciąga się do wojska, do 3 Dywizji Strzelców Karpackich. „Podczas załatwiania formalności siostry wzięły dzieci za rączki i niespodziewanie odjechały. Rozległ się wielki krzyk, w końcu jedna z nas, Marysia, powiedziała: «Wstyd, wstyd! Do wojska chcecie iść, a płaczecie? Przecież te dzieci nie zginą!» A Marysia zginęła…” – wspomina po latach Skibniewska. Przedostała się ze swoim oddziałem do Włoch, pracując nie na linii frontu, lecz jako sanitariuszka i reporterka wojenna. Raniona pod Monte Cassino i oddelegowana do miasta Bari zajmuje się redagowaniem pisma „Dziatwa”, adresowanego do rozrzuconych po świecie polskich dzieci. U schyłku wojny spotyka jeszcze raz swojego towarzysza rejsu po Zatoce Gdańskiej, majora Henryka Sucharskiego, który już wtedy jest człowiekiem zmęczonym i bardzo chorym. Wiedział, że niewiele mu już życia pozostało, przekazał więc Dżennet woreczek z ziemią z grobu ojca i poprosił, by włożyła mu go do trumny…

Po zakończeniu wojny Dżennet wreszcie odzyskuje synka Aleksandra i pierwszym rejsem M/S „Batory” wraca z Anglii do Polski. Przybija do Gdyni 30 kwietnia 1947 roku. „Lucky ship” jest owacyjnie witany przez zgromadzonych na nabrzeżu portowym mieszkańców. Port gdyński nie przypomina jednak tego, który Dżennet pamięta sprzed wojny. Wciąż widać wojenne zniszczenia, zaś wejście do portu blokują resztki pancernika „Gneisenau”. To nie jedyny problem: w Polsce nikt na matkę z synem nie czeka (mąż zaginął), a i nowa władza nie jest Dżennet przychylna. Oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie jest w nowej rzeczywistości mile widziany. Zarzucano Dżennet działalność szpiegowską, oskarżano ją (o ironio!) o sabotowanie gdyńskich kosynierów, wymyślano od „faszystek” i „politruków”.
Niełatwo było w tej nowej Polsce ułożyć sobie życie od nowa.

Spełniona przepowiednia

Całe szczęście zdążyła zrobić jeszcze w Anglii kurs robótek ręcznych: dziergania, haftowania, robienia na drutach. Przydało jej się to w powojennej Polsce, gdzie jej wykształcenie i dziennikarskie doświadczenie nikogo nie interesowały. Zatrudniła się jako rękawiczarka w spółdzielni inwalidów „Bałtyk”, potem w wejherowskim zakładzie „FotoPam”, prowadziła też kursy hafciarstwa kaszubskiego. Zawarła ponowny związek małżeński z frontowym kolegą Marianem Wolframem, wkrótce na świat przyszły dwie córki: Krystyna i Danuta. Mieszkała najpierw w Wejherowie na ul. Harcerskiej 18, potem w Gdyni-Witominie, w domu „Za Falochronem”.

Kamienica przy ul. Zgoda 4 / Fot. A.Sadowska

Kamienica przy ul. Zgoda 4 / Fot. A.Sadowska

Przez wszystkie lata życiowej i żołnierskiej tułaczki, od Paryża poprzez Warszawę, Gdynię, Syrię, po Włochy, Anglię i z powrotem Pomorze zdołała ocalić drobną pamiątkę otrzymaną kiedyś od ojca: bryłkę skalną z gór Kaukazu. Jej siostry, Halimat i Tamara, zgubiły swoje kamienie. Nigdy na Kaukaz nie wróciły. Dżennet – tak. Najpierw w 1989 roku, na zaproszenie nielicznych ocalałych inguskich krewnych, potem w 1992 roku na uroczystość otwarcia fundacji kulturalnej imienia jej ojca, Wassana Gireja Dżabagi. Dżennet pojechała tam jako polski oficer: w mundurze, w berecie z trzema gwiazdkami porucznika i odznaką-orzełkiem 2. Brygady Strzelców Karpackich, w której służyła we Włoszech. W czasie tego pobytu na Kaukazie Telewizja Polska zrealizowała film dokumentalny o jej życiu, nakręcony przez Waldemara Karwata. Na jednym z kadrów widać starszą panią, chodzącą o kuli. Klęcząc opiera czoło o ruiny – stertę kamieni, które pozostały po domach jej przodków. Przykłada ręce do twarzy, płacze. „Przeraża mnie zemsta sowieckiego reżimu. Przeraża mnie nienawiść” – mówi drżącym głosem. Nie wie, że to nie koniec zniszczeń – za dwa lata siły rosyjskie znowu wkroczą na ten teren. Na swoje szczęście, już tego nie doczeka. Umiera podczas realizacji wspomnianego filmu, 17 maja 1992 roku. Zostaje pochowana na cmentarzu w Groznym, jej grób zostaje zniszczony podczas interwencji zbrojnej w Czeczenii w latach 1994-1996. Symboliczny grób Dżennet Dżabagi-Skibniewskiej można odwiedzić w Warszawie, na zabytkowym Muzułmańskim Cmentarzu Tatarskim przy ulicy Tatarskiej 8. Za zasługi (wojenne i nie tylko) odznaczono ją m. in. Medalem Wolności i Zwycięstwa, Krzyżem Kampanii Wrześniowej 1939 roku, Krzyżem Monte Cassino i Krzyżem Walecznych.

O burzliwym życiu polsko-kaukaskiej bohaterki można przeczytać także w książce T. Zaniewskiej „Wierzę w kismet” oraz posłuchać wywiadu z autorką tej publikacji:

YouTube Preview Image

Tekst: Anna Sadowska