O pomnikach w Kościele Mariackim. Kościół, jako z zasady ostoja pewnej trwałości na tle zmieniającego się miasta, z naturalnych względów doskonale nadaje się do upamiętniania osób i wydarzeń. Kościoły historyczne pełne są tego rodzaju pamiątek.

Pomnik Bahrów

Pomnik Bahrów

Widnieją w nich różnego rodzaju i rozmiaru pomnikowe elementy wystroju, poświęcone najczęściej zmarłym ludziom z kościołem związanym. Rzadziej pojawiają się w kościołach obiekty służące upamiętnieniu grup osób i wydarzeń nie związanych bezpośrednio z konkretną świątynią, a ważnych dla wielkich społeczności, których lokalna, parafialna społeczność jest częścią. Wyjątkiem są kościoły nastawione na rolę sanktuariów, przez co rozumie się szczególny nacisk kładziony na tę czy inną sprawę. W Gdańsku charakter sanktuarium ma z pewnością Kościół św. Brygidy, pozbawiony w 1945 r. swojego dawnego wystroju, zastąpionego, z rozmaitym rozmachem i z różnym wyczuciem obiektami nawiązującymi do bolesnych (rzadziej chwalebnych) momentów polskiej historii.

Charakteru sanktuarium poświęconego określonej sprawie nigdy nie miał za to Kościół Mariacki – największa gdańska świątynia – korona Miasta. Jego znaczenie, a przez to i wystrój, był po prostu miejski, Miasto i jego sprawy znajdowały w nim swoje odbicie w postaci elementów jego przez wieki wzbogacanego wystroju. Do pewnego czasu sposobem upamiętniania osób związanych z kościołem – głównie przez należenie do parafii mariackiej i ostatnie miejsce spoczynku w kościele – była kamienna płyta w posadzce, ozdobiona stosownymi napisami i emblematami, rzadziej wizerunkiem zmarłego. Przykładem takiego, średniowiecznego pomnika osób, które swoim życiem, a zwłaszcza śmiercią wywarły wielki wpływ i wrażenie na gdańską społeczność, jest płyta burmistrzów Letzkaua i Hechta. Jest duża, większa od innych, przedstawia herby obu burmistrzów, a wzdłuż brzegu biegnie napis po łacinie, w bardzo ostrożnych słowach opowiadający historię krzyżackiego mordu – w zasadzie zupełnie przemilczających udział Krzyżaków w zgonie obu gdańskich polityków. Z płytą wiąże się jedyna znana mi z gdańskiej historii klątwa à la Tutanchamon. Jeśli bowiem wierzyć kronikarzom, zrozpaczony i sterroryzowany przez Krzyżaków gdański lud uchwalił klątwę na każdego, kto by zakłócił spokój obu męczennikom.

Fragment płyty nagrobnej burmistrzów Letzkaua i Hechta

W późniejszych czasach, kiedy już Kościół Mariacki wszedł w okres swojej luterańskiej historii, pomniki osób zyskały nową, odpowiadającą ówczesnym gustom i społecznym normom formę. Po staremu groby przykrywano kamiennymi płytami, odpowiednio ozdobionymi i opisanymi, tuż nad nimi jednak zaczęto umieszczać epitafia. Epitafium jakie jest każdy widzi. Te w Kościele Mariackim różniły się, rzecz jasna rozmiarami i kunsztownością, a to głównie dlatego, że różniły się ceną, odzwierciedlającą możliwości finansowe zmarłego i jego spadkobierców.

Niektóre z nich uznawane są za samoistne dzieła sztuki. Do tych należy z pewnością epitafium Constantina Ferbera w kaplicy zwanej „ślepą” (bo nie ma okien), a oficjalnie Kaplicą św. Baltazara. To ogromne jak na epitafia mieszczańskie założenie obejmuje owalną tablicę z inskrypcją wspominającą członka wielkiego gdańskiego rodu, która otoczona jest najeżoną symbolami instalacją, nawiązującą do życia, śmierci, zmartwychwstania, wiedzy, wojny i innych pojęć mniej lub bardziej abstrakcyjnych. W górze widnieje też postać spadającego dziecka, źródło uroczej legendy o cudownym ocaleniu życia małemu Ferberowi.

Tuż obok, na przyporze między kaplicami św. Baltazara i św. Antoniego znajduje się inne wspaniałe epitafium, poświęcone Edwardowi Blemkemu. To przypisywane samemu Willemowi van den Blocke’owi, przedstawicielowi gdańskiej dynastii artystów i rzemieślników. Ma formę przypominającą kształtem ołtarze, z niezwykle kunsztownie wyrzeźbioną sceną wizji proroka Ezechiela w centrum, figurami cnót po bokach, kolumnami, puttami, sterczynami, girlandami i wszystkim, co można było na epitafium umieścić, nie powodując jego przeładowania ozdobami.

Na tyle właśnie pozwalały przyjęte w Mieście (i w ogóle w kulturze hanzeatyckiej) obyczaje w zakresie pośmiertnego upamiętniania ludzi nawet bardzo zamożnych i bardzo wpływowych. Dlatego też takie oburzenie wywołał pomysł burmistrza Speymanna, który umyślił sobie by uhonorować swoich teściów, małżonków Bahr, pomnikiem zupełnie nie mieszczącym się w przyjętych powszechnie ramach wystawności i rozmachu. Pomnik, który nie dość, że przekraczał wszelkie normy zarówno rozmiarem, jak i formą, chciał Speymann ustawić na przecięciu nawy głównej z transeptem, czyli innymi słowy pośrodku kościoła. Mimo, że był niezmiernie bogaty, że był burmistrzem i człowiekiem o trudnych do przecenienia wpływach, nie udało mu się tego zamierzenia zrealizować. Pomnik stanął w końcu w kościele, ale umieszczono go przy Bramie Groblowej, na uboczu, między filarem a przyporą, tak, by wilk był syty, a owca pozostała cała. Chociaż obecnie słyszy się nieraz zachwyty nad artystyczną jakością tego dzieła (również autorstwa Willema van den Blocke’a), XIX-wieczni autorzy pisali o nim jako o „pozbawionym smaku”.

Pomnikiem, który całkowicie zrywał z dotychczasowymi regułami, był powstały w 1883 r. monument Marcina Lutra, który stanął tuż przed wspomnianą wyżej Kaplicą św. Antoniego. Miał formę pełnopostaciowej rzeźby, ustawionej na cokole. Przedstawiał reformatora rozdzierającego papieską bullę na znak zerwania z Rzymem. Pomnik powstał z okazji 400-tnej rocznicy urodzin Lutra. Uległ częściowemu zniszczeniu w 1945 r., a następnie zdewastowany do reszty, został usunięty jeszcze zanim kościół trafił w ręce katolików.

Innym pomnikiem, który był w Kościele Mariackim i usunięty został z niego po II wojnie światowej był tzw. Kriegerdenkmal, czyli w przypadku kościoła, strefa poświęcona pamięci żołnierzy należących do parafii mariackiej, którzy stracili życie na frontach I wojny światowej. Urządzono tę strefę w Kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic, a nadano jej formę ustawionych nieco pod kątem wzdłuż ścian kaplicy siedmiu tablic z nazwiskami poległych żołnierzy. Był też drugi, upamiętniający żołnierzy wojny prusko-francuskiej 1870-71, ale nic mi nie wiadomo o jego wyglądzie, ani umiejscowieniu.

Nowe pomniki, tym razem już nie poświęcone pojedynczym osobom, a raczej dużym grupom ludzi, przyniosły Kościołowi Mariackiemu lata powojenne. W kaplicy bractwa kapłańskiego stanęła nowoczesna w formie, ale robiąca wrażenie figura Chrystusa frasobliwego, będąca pomnikiem księży zamordowanych przez hitlerowców. Po obu stronach transeptu, wokół kopii obrazów dwóch madonn bardzo ważnych dla świadomości nowych, powojennych mieszkańców Gdańska, pojawiły się też obiekty upamiętniające martyrologię narodu polskiego w czasie II wojny światowej.

Tradycja stawiania lub wieszania pomników w Kościele Mariackim jest zatem długa. Z dwoma wyjątkami (zachowanego do dziś pomnika Bahrów i nieistniejącego pomnika Lutra) wszystkie pozostałe tego typu elementy wystroju świątyni mają jedną wspólną cechę. Cechą tą jest odpowiednia skala i dyskrecja, nie burząca charakteru wnętrza. Tak było przez prawie siedemset lat historii kościoła. I oto, we wczesnym XXI w. jesteśmy świadkami działań, które z wszystkimi zasadami dotyczącymi charakteru i skali mariackiego pomnikarstwa niewiele mają wspólnego.

Już za parę dni stanąć ma w Kaplicy św. Doroty wielki (ponad sześciometrowy), tandetny (określony przez znawców jako reprezentujący poziom cmentarnego nagrobka) i do niczego nie pasujący pomnik ofiar smoleńskiej katastrofy.

pomnikPomnik powstaje w atmosferze skandalu, bezczelności kościelnych władz i budzącej niesmak służalczości urzędników. Można oczywiście winić biskupa, który zdaje się traktować Kościół Mariacki (nie tylko zresztą ten) jak swoją prywatną własność, zaprasza gości na odsłonięcie pomnika przed uzyskaniem zgody konserwatora na jego ustawienie. Ale biskup działa tak, jak mu na to pozwalają okoliczności. Każdy działa tak, i posuwa się tak daleko, jak może. A że ma to niewiele wspólnego z przyzwoitością, szacunkiem dla opinii innych, a zwłaszcza dla miejsca takiego jak Kościół Mariacki, to już całkiem inna sprawa.

Konserwator zabytków, jak zwykle w takich przypadkach ulega potulnie, nie dostrzegając najpierw monstrualności projektu, a potem, już po wydaniu pozytywnej, a jakże, decyzji mówi, że „jest nieco przeskalowany”. Milczą obrońcy gdańskich zabytków, pozwalając sobie w zasadzie jedynie na bardzo ostrożną krytykę pomnika pod względem jego rzekomych wartości artystycznych. Jedynym, który zdobywa się na stanowczy protest, jest Jacek Friedrich, który składa urząd szefa Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków, nazywając projekt „estetycznym koszmarem”. Pomnik stanie, bo tak życzy sobie biskup, a ci, którzy mogli by temu przeciwdziałać, tym razem wykazali się służalczą ślepotą i spolegliwością.

Sprawa nowego pomnika to jedna wielka kompromitacja. Ostatecznie skompromitował się już raczej Wojewódzki Konserwator Zabytków. Skompromitowali się mocno czołowi „miłośnicy starego Gdańska” i inne osoby, które uznawane były za etatowych niemal już obrońców gdańskich zabytków, gdzie indziej protestujące stanowczo, a czasem nawet agresywnie. W tym przypadku wyczekali do momentu, kiedy nic już nie da się poradzić, i teraz, bardzo, bardzo ostrożnie krytykują walory pomnika. Jedyne co można przytoczyć na ich obronę, to niesamowite tempo rozwoju pomnikowego projektu.

Co dzieje się w tym mieście? Po co nam konserwator zabytków, który i tak się zgodzi na wszystko, jeśli wniosek złoży odpowiednio wpływowy podmiot? Dlaczego pozwala się na traktowanie najwspanialszej świątyni w Gdańsku, świadectwa wielkiej historii Miasta, jak prywatnego ogródka? Rzecz nie w tym, by nie upamiętniać. Ależ tak, upamiętniać! Wydarzenie tak ważne i tragiczne dla narodu jak smoleńska katastrofa domaga się wręcz upamiętnienia. Kościół Mariacki świetnie się do tego nadaje. Ale powinno to zostać zrobione w formie odpowiedniej – skalą, stylem i charakterem pasującej do miejsca, a nie odzwierciedlającej czyjś wątpliwy gust i wybujałe ambicje. Dlaczego w Kościele Mariackim nie może zawisnąć równie stylowa i piękna tablica z nazwiskami ofiar, jak ta, którą umieszczono w w wawelskiej krypcie?

Jak bronić zabytków w Gdańsku, skoro tym wszystkim, którzy im swoimi pomysłami zagrażają, daje się właśnie do rąk tak wspaniały argument w postaci biskupiego precedensu? Zabytkowa strefa Gdańska nie jest znowu tak ogromna, by nie mogła być poddana prawdziwej ochronie. Ale do tego trzeba ludzi obdarzonych silnym charakterem, odważnych i zdecydowanych. Do tego trzeba społecznego poparcia i świadomości. Do tego trzeba społeczników, którzy nie podwiną ogona przed takim, czy innym majestatem. Bo wyznacznikiem działania powinno być dobro i piękno naszego Miasta, a nie polityczne układy.

Autor: Aleksander Masłowski

O pomniku  Świętopełka II